Niepodważalna Wyrocznia Spawalnicza, cz. 2
Dodatkowym czynnikiem powodującym awarie i pęknięcia była niska jakość prac spawalniczych, gdyż niedobory kadrowe w przemyśle (skuszeni wysokimi zarobkami) uzupełniali przysłowiowi kelnerzy i fryzjerzy. W okresie studiów pierwszego stopnia wyposażenie katedry „Spawalnictwa i wykonywania ustrojów stalowych” w tzw. pomoce naukowe stanowiły: przenośna wytwornica acetylenowa, kilka zdezelowanych poniemieckich spawarek oraz tablica i kreda.
Po ukończeniu studiów pierwszego stopnia dostałem w 1953 r. nakaz pracy do Stoczni Gdańskiej (wtedy jeszcze bez imienia). Były to czasy dziwne i ciekawe, o ile nie chce się powiedzieć trudne. Nie do rzadkości należały odprawy z pistoletem na biurku prowadzącego naloty „krwawego Julka” (wicepremier J. Tokarski), kończące się częstokroć natychmiastowym zwolnieniem lub wysiedleniem z Wybrzeża, czy wizyty „smutnych panów” z ROP (Referat Ochrony Przemysłu – przemysłowe UB). Jakakolwiek awaria (lub podejrzenie o takową) traktowana była jako sabotaż ze wszystkimi wynikającymi z tego konsekwencjami. Pomimo czujności ROP awarie jednak występowały. Przykładowo na jednym ze statków nastąpiło pęknięcie pokładu na całej długości (ok. 80 m), które z dużym wysiłkiem udało się wyeliminować. Do wprowadzanego w tym okresie spawania zmechanizowanego (głównie automatycznego) stosowane były metody, o których nie wspomina się nawet w podręcznikach (metoda ELIN, FUSARC, spawanie w osłonie pary wodnej itp). Okres pracy w Stoczni Gdańskiej miał również i jaśniejsze strony. Współpraca i koleżeństwo z wieloma wspaniałymi ludźmi, że wymienię tylko niektórych: Antoni Bohdanowicz (mój pierwszy szef), przyjaciel Karola Wojtyły z jednej ławki, późniejsi profesorowie uczelni technicznych Mieczysław Myśliwiec, Roman Kensik, Stanisław Butnicki i legenda spawalnictwa okrętowego Ryszard Wachowski (przyuczony do zawodu, bo kończył specjalność konstrukcyjną). Kontakty z wymienionymi (i innymi) nie ograniczały się tylko do spraw zawodowych, lecz również do częstych i owocnych narad OLW i Z-u (Organizacja Lubiących Wypić i Zakąsić). I takie były początki mojej działalności jako spawalnika.
J.N.: Co dalej, wybór był chyba dobry i istotnie zadecydował o Twojej drodze zawodowej, jaka ona była?
M.W.: W moim odczuciu wybór był bardzo dobry, chociaż decyzja była spontaniczna i ryzykowna. Przez 11 lat byłem Głównym Spawalnikiem, przez 3 lata kierownikiem Wydziału Montażu Kadłubów Stoczni Północnej w Gdańsku, a przez kilkanaście lat kierownikiem Zespołu Projektowego w Biurze Projektowo-Technologicznym Morskich Stoczni Remontowych PROREM w Gdańsku. Okres pracy w PROREM-ie był przedzielony trzyletnią pracą na Kubie w charakterze doradcy
w Ministerstwie Przemysłu Rybnego. Ostatnie lata przed osiągnięciem wieku emerytalnego, to funkcja dyrektora naczelnego Przedsiębiorstwa Zagranicznego DORA (przemysł okrętowy i budownictwo – głównie przemysłowe). Obecnie jestem specjalistą w firmie Rywal.
J.N.: Współczesny inżynier spawalnik musi się stale uczyć, a jak to jest z wyroczniami, szczególnie niepodważalnymi,czy wiedza jest u nich wrodzona?
M.W.: Nie ma wiedzy wrodzonej. Postęp techniczny we wszystkich dziedzinach wiedzy jest tak ogromny, że bez stałej aktualizacji wiadomości następuje regres, ze wszystkimi wynikającymi z tego konsekwencjami. Niestety obserwuje się dużą niechęć do aktualizacji wiedzy. Często w dużych zakładach prowadzących prace spawalnicze, zatrudnieni tam specjaliści nie znają podstawowych zasad i technologii spawalniczych. Niedoceniane są (głównie przez Kierownictwa Zakładów) udziały specjalistów spawalników w różnego rodzaju szkoleniach i konferencjach, na których oprócz uzyskanej wiedzy zdobywa się równie cenne kontakty i wymienia doświadczenia.